Dlaczego prąd w Polsce jest drogi?
Bo ponad połowa polskiego prądu wciąż płynie z węgla, najdroższego dziś paliwa – a od 2026 roku skończyło się mrożenie cen.
Rachunek za prąd to w Polsce temat polityczny od lat, więc należy się nam odpowiedź bez polityki: co naprawdę podnosi cenę, co ją właśnie zaczyna obniżać i czego żaden rząd nie załatwi dekretem.
Z czego składa się rachunek
Mniej więcej połowa to koszt samej energii, reszta – dystrybucja i opłaty. O tej pierwszej połowie decyduje giełda, a na giełdzie cenę w danej godzinie wyznacza najdroższa potrzebna elektrownia. W Polsce tą najdroższą jest zwykle blok węglowy: paliwo plus uprawnienia do emisji CO₂.
Tu leży sedno. ETS to unijna opłata – uczciwie trzeba to przyznać – ale płaci ją głównie ten, kto spala węgiel. Francja z atomem czy Szwecja z wodą i wiatrem odczuwają ją ledwie. Polska płaci najwięcej, bo najdłużej odkładała przebudowę energetyki. To nie „Bruksela podnosi ceny”; to stary miks wystawia rachunek z odsetkami.
Co się właśnie zmienia
Trzy rzeczy naraz, wszystkie duże. Po pierwsze, koniec tarcz: po czterech latach mrożenia od 2026 roku ceny znów ustala rynek – dopłacanie do rachunków kosztowało budżet dziesiątki miliardów i nie mogło trwać wiecznie. Po drugie, przełom w miksie: w 2025 roku węgiel dał już tylko 52,6 procent prądu, a w czerwcu OZE po raz pierwszy w historii wyprodukowały w skali miesiąca więcej energii niż elektrownie węglowe. Po trzecie, atom przeszedł z obietnic do decyzji: projekt w Choczewie dostał w grudniu 2025 roku zielone światło Komisji Europejskiej, z kontraktem różnicowym na 40 lat.
Kierunek jest więc dobry; tempo – wciąż za wolne, a najbliższe lata będą cenowo nerwowe, bo stare bloki odchodzą szybciej, niż przybywa nowych stabilnych mocy.
Co naprawi wspólny rynek, a czego nie
Połączone sieci pozwalają importować prąd wtedy, gdy u sąsiadów jest tani, i sprzedawać własne nadwyżki ze słońca i wiatru; wspólne inwestycje w interkonektory i magazyny stabilizują ceny w całym regionie. Im głębiej Polska siedzi w europejskim systemie, tym rzadziej płaci szczytowe stawki samotnej wyspy.
Ale uczciwie: żaden wspólny rynek nie przebuduje za nas miksu. Atom, sieci, magazyny i OZE to polskie zadanie domowe na dekadę. Europa może je ułatwić i współfinansować – odrobić musimy sami. Drogi prąd nie jest polskim przeznaczeniem; jest ceną spóźnienia, które właśnie zaczęliśmy nadrabiać.
Częste pytania
Ile węgla jest w polskim prądzie?
W 2025 roku węgiel odpowiadał za 52,6 procent produkcji energii elektrycznej – po raz pierwszy w historii jego udział w półroczu spadł poniżej połowy, a w czerwcu OZE wyprodukowały więcej prądu niż elektrownie węglowe.
Czy to przez unijne opłaty ETS?
Częściowo tak – elektrownie węglowe kupują uprawnienia do emisji i to podnosi cenę. Ale to opłata za spalanie najbardziej emisyjnego paliwa; kraje z czystszym miksem płacą jej ułamek. Problemem jest miks, nie sama opłata.
Co się stało z mrożeniem cen?
Po czterech latach tarcz i mrożenia od 2026 roku stawki znów ustala rynek. Państwo wycofuje się z dopłacania do rachunków, które kosztowało budżet dziesiątki miliardów złotych.
Kiedy Polska będzie mieć atom?
Pierwsza elektrownia jądrowa w Choczewie (Westinghouse–Bechtel) dostała w grudniu 2025 roku zgodę Komisji Europejskiej na pomoc publiczną – kontrakt różnicowy na 40 lat i 60 miliardów złotych dokapitalizowania. Prąd popłynie w latach 30.
Co da wspólny europejski rynek energii?
Tańszy import w godzinach, gdy sąsiedzi mają nadwyżki taniej energii, stabilniejszą sieć i wspólne inwestycje w połączenia. Nie zastąpi jednak przebudowy polskiego miksu – to zadanie domowe, którego nikt za nas nie odrobi.